Witam Was bardzo serdecznie! :)
Pielęgnacja stóp to jedyna czynność do której nie przykładam się w 100%. Zazwyczaj kremy do stóp miałam strasznie długo, ponieważ nie używałam ich regularnie. Jednak stwierdziłam, że czas to zmienić, kiedy stały się one bardzo przesuszone, no i nie ukrywajmy, nieestetycznie wyglądające. Mama podarowała mi krem, który naprawdę przyjemnie mi się używa. Może nie jest on jakiś nadzwyczajny, ale jakoś go polubiłam. Co to za krem? zapraszam do dalszej części posta. A oto bohater dzisiejszego wpisu:
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Krem zamknięty jest w białej tubce, z morskimi i różowymi wstawkami. Zamykanie na klik. Od razu zaznaczę, że na 2 miejscu w składzie jest parafina, więc jeżeli ktoś jej unika, nawet w tego typu produktach, to nie będzie zadowolony. Chociaż jak dla mnie, ten składnik w kremach do rąk czy stóp może występować. Zawiera on również 10% mocznik, który jest już w składzie na 3 miejscu.
Producent dedykuje ten krem stopom z pękającą skórą pięt, odbudowuje popękany i uszkodzony naskórek i intensywnie nawilża. Ja mam tylko przesuszone stopy, więc czy działa na pękające pięty nie jestem w stanie Wam "powiedzieć".
Pierwsze, co mnie zachwyciło w tym kremie i w sumie największy powód do tego, że go lubię jest to, że pachnie on jak te miętowe mentosy. Początkowo myślałam, że coś sobie ubzdurałam, ale oczywiście, standardowo zrobiłam test na moim mężu i dokładnie, tak samo jak ja, określił, że czuje tutaj mentosy. Zazwyczaj produkty tego typu nie zachwycają zapachem, dlatego ten mnie miło zaskoczył. Co do nawilżenia, również jestem zadowolona. Widocznie stan moich stóp się poprawił, ładnie wyglądają i spokojnie mogę je wystawiać na światło dzienne :) nie chcę Was tu obrzydzać, nie mam żadnych innych dziwnych rzeczy na stopach, ale ja się źle czułam widząc te suche placki i tak samo reaguje jak mam przesuszoną twarz :) Kolejnym jego plusem jest to, że szybko się wchłania. Smaruję stopy wieczorem po kąpieli, odczekuję chwilę i mogę spokojnie chodzić i nie ma obaw, że się gdzieś poślizgnę.
Jakiś czas temu był u nas upał, ja byłam na weselu, czyli całą noc spędziłam w szpilkach, no i wiadomo jak to potem jest, na drugi dzień bardzo mnie bolały stopy. Zrobiłam sobie rozluźniającą kąpiel w soli do stóp (może kiedyś ją opiszę), no i użyłam ten krem. Fajnie odświeżył stopy, lekko ochłodził i przyniósł mi ogromną ulgę.
Konsystencję ma dość lekką, koloru białego:
Podsumowując:
na pewno nie jest to krem ideał. Dobrze nawilża stopy, ale podejrzewam, że z bardzo wymagającymi by sobie nie poradził. Jest on dobrym kremem na lato. warto go wypróbować dla samego zapach :) fajnie jest mieć stopy pachnące mentosami :)
Nazwa: Kolastyna- krem do stóp z pękającą skórą pięt
Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Lidl, ale również drogerie typu Rossmann
Pojemność: 75 ml
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
czwartek, 11 czerwca 2015
środa, 10 czerwca 2015
Wielki szampon i zakupy :)
Witam Was bardzo serdecznie!
Po ostatnim denku, moje zapasy zmniejszyły się na tyle, że wczoraj wybrałam się na zakupy do Starej Mydlarni, ale również zahaczyłam o Biedronkę i Rossmann. No, ale do moich nowości przejdziemy później.
Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić szampon, który pokazywałam Wam jakiś czas temu w moich zakupach. Uważam, że używam go już wystarczająco długo,żeby wyrobić sobie o nim zdanie. A mowa dziś będzie o:
Wielka butla szamponu z pompeczką. Uwielbiam takie rozwiązania, ponieważ możemy aplikować sobie odpowiednią ilość produktu, nic się nie przelewa, no i w moim przypadku, dzięki takiej formie, kosmetyk jest wydajniejszy.
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Szampon zamknięty jest w przyjemnej dla oka butelce z pompką zachowanej w kolorach bieli i zieleni. Przeznaczony jest on do włosów cienkich i przetłuszczających się. Jest to produkt 2 w 1, czyli szampon z odżywką. Nigdy nie lubiłam takich rozwiązań, ponieważ zawsze po takich szamponach miałam obciążone włosy, ale o dziwno, w tym przypadku nie zauważyłam takiego efektu. Zawiera on ekstrakt z róży z Jerycha i ekstrakt z ogórka, który posiada właściwości odświeżające. Może być stosowany codziennie, co dla mnie jest bardzo ważne, ponieważ mam przetłuszczające się włosy i jestem zmuszona do codziennego ich mycia.
Szampon ma bardzo przyjemny, świeży, orzeźwiający zapach. Bardzo dobrze oczyszcza włosy. Po umyciu są one miękkie, sypkie, lejący i bardziej błyszczące. Domywa suchy szampon, oleje, lakier do włosów, czuć po nich, że są dobrze "wyszorowane". Nigdy nie miałam przy nim swędzenia skalpu, łupieżu czy jakiegoś podrażnienia.
Konsystencja jest średnio- gęsta (zapomniałam zrobić zdjęcia;/), koloru jasnozielonego.
Używam go już od jakiegoś czasu i już mogę stwierdzić, że jest wydajny, bo jak wcześniej wspomniałam, wystarczy naprawdę niewielka ilość, by dokładnie umyć włosy.
Jedynym jego minusem jest to, że mocno plącze włosy, ale mi osobiście to nie przeszkadza, ponieważ przy każdym szamponie mam ten problem i dlatego za każdym razem spryskuje włosy odżywką w sprayu. No i dla niektórych może być to plusem, dla innych minusem, że przez swoją wielką pojemność może nam na bardzo długo wystarczyć i może się po prostu znudzić. Mam nadzieję, że u mnie to nie nastąpi :) Na chwilę obecną jestem z niego bardzo zadowolona i mam nadzieję, że tak zostanie :)
Nazwa: Timotei with Jericho Rose 2in1 Fresh
Cena: do 15 zł
Dostępność: Biedronka
Pojemność: 750 ml
A teraz czas na jeszcze przyjemniejszą część posta, czyli moje nowości:
Taft lakier do włosów- zakupiony w Biedronce za ok. 14 zł. Używałam go dzisiaj rano i jak na razie jestem zadowolona. Mam nadzieję, że utrzyma moją fryzurę cały dzień.
Stara Mydlarnia pianka do mycia twarzy (śliwka i figa)- zakupiona w sklepie stacjonarnym Starej Mydlarni. Potrzebowałam czegoś delikatnego do mycia twarzy rano. Dzisiaj była pierwsza próba i jak na razie zachwyciła mnie swoim zapachem i delikatnością. Oby tak dalej, bo jak na razie w mojej pielęgnacji króluje właśnie ta firma.
Stara Mydlarnia krem do rąk (guarana i guava)- dostałam go na Dzień Matki od mojego synka, ale zapomniałam Wam go pokazać. Planuję na dniach pokazać Wam go bliżej. (19,90 zł)
Stara Mydlarnia krem do stóp (aloes)- zapach aloesu to ja uwielbiam! Jak na razie czeka na swoją kolej, ale niebawem pójdzie w ruch, bo mój obecny kremik się kończy. Jak na razie jestem zaskoczona tym, że zawiera, aż 25% mocznika, w innym kremach widziałam najwyżej 10%. (19,90 zł)
Eveline matujący żel do mycia twarzy all-in-one demakijaż- zakupiony w Rossmannie za ok. 14 zł. Chciałam mieć w swojej kosmetyczce jakiś żel, za którego pomocą będę mogła zmyć makijaż. Wczoraj użyłam po raz pierwszy (omijając okolice oczu) i świetnie zmył cały podkład, bronzer, róż itd. Zobaczymy jak się sprawdzi podczas dalszego używania. Mam nadzieję, że mnie nie zapcha :)
Garnier kojący płyn do demakijażu oczu- zakupiony w Biedronce za ok. 10 zł. Postanowiłam poszukać czegoś tańszego od Biodermy. Jest przeznaczony do skóry wrażliwej, więc mam nadzieję, że nie dostanę jakiegoś podrażnienia:)
3 woski Yankee candle -o zapachu: pink grapefruit, pain au raisin. lake sunset. Uwielbiam te woski i zawsze podczas zakupów w Starej Mydlarnii jakiś kupuję. Tym razem poszalałam i kupiłam na raz 3 :)- 8 zł. (sztuka)
Miałyście któryś z tych produktów? Jak się u Was sprawdziły? Lubicie szampony Timotei?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka:)
Po ostatnim denku, moje zapasy zmniejszyły się na tyle, że wczoraj wybrałam się na zakupy do Starej Mydlarni, ale również zahaczyłam o Biedronkę i Rossmann. No, ale do moich nowości przejdziemy później.
Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić szampon, który pokazywałam Wam jakiś czas temu w moich zakupach. Uważam, że używam go już wystarczająco długo,żeby wyrobić sobie o nim zdanie. A mowa dziś będzie o:
Wielka butla szamponu z pompeczką. Uwielbiam takie rozwiązania, ponieważ możemy aplikować sobie odpowiednią ilość produktu, nic się nie przelewa, no i w moim przypadku, dzięki takiej formie, kosmetyk jest wydajniejszy.
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Szampon zamknięty jest w przyjemnej dla oka butelce z pompką zachowanej w kolorach bieli i zieleni. Przeznaczony jest on do włosów cienkich i przetłuszczających się. Jest to produkt 2 w 1, czyli szampon z odżywką. Nigdy nie lubiłam takich rozwiązań, ponieważ zawsze po takich szamponach miałam obciążone włosy, ale o dziwno, w tym przypadku nie zauważyłam takiego efektu. Zawiera on ekstrakt z róży z Jerycha i ekstrakt z ogórka, który posiada właściwości odświeżające. Może być stosowany codziennie, co dla mnie jest bardzo ważne, ponieważ mam przetłuszczające się włosy i jestem zmuszona do codziennego ich mycia.
Szampon ma bardzo przyjemny, świeży, orzeźwiający zapach. Bardzo dobrze oczyszcza włosy. Po umyciu są one miękkie, sypkie, lejący i bardziej błyszczące. Domywa suchy szampon, oleje, lakier do włosów, czuć po nich, że są dobrze "wyszorowane". Nigdy nie miałam przy nim swędzenia skalpu, łupieżu czy jakiegoś podrażnienia.
Konsystencja jest średnio- gęsta (zapomniałam zrobić zdjęcia;/), koloru jasnozielonego.
Używam go już od jakiegoś czasu i już mogę stwierdzić, że jest wydajny, bo jak wcześniej wspomniałam, wystarczy naprawdę niewielka ilość, by dokładnie umyć włosy.
Jedynym jego minusem jest to, że mocno plącze włosy, ale mi osobiście to nie przeszkadza, ponieważ przy każdym szamponie mam ten problem i dlatego za każdym razem spryskuje włosy odżywką w sprayu. No i dla niektórych może być to plusem, dla innych minusem, że przez swoją wielką pojemność może nam na bardzo długo wystarczyć i może się po prostu znudzić. Mam nadzieję, że u mnie to nie nastąpi :) Na chwilę obecną jestem z niego bardzo zadowolona i mam nadzieję, że tak zostanie :)
Nazwa: Timotei with Jericho Rose 2in1 Fresh
Cena: do 15 zł
Dostępność: Biedronka
Pojemność: 750 ml
A teraz czas na jeszcze przyjemniejszą część posta, czyli moje nowości:
Taft lakier do włosów- zakupiony w Biedronce za ok. 14 zł. Używałam go dzisiaj rano i jak na razie jestem zadowolona. Mam nadzieję, że utrzyma moją fryzurę cały dzień.
Stara Mydlarnia pianka do mycia twarzy (śliwka i figa)- zakupiona w sklepie stacjonarnym Starej Mydlarni. Potrzebowałam czegoś delikatnego do mycia twarzy rano. Dzisiaj była pierwsza próba i jak na razie zachwyciła mnie swoim zapachem i delikatnością. Oby tak dalej, bo jak na razie w mojej pielęgnacji króluje właśnie ta firma.
Stara Mydlarnia krem do rąk (guarana i guava)- dostałam go na Dzień Matki od mojego synka, ale zapomniałam Wam go pokazać. Planuję na dniach pokazać Wam go bliżej. (19,90 zł)
Stara Mydlarnia krem do stóp (aloes)- zapach aloesu to ja uwielbiam! Jak na razie czeka na swoją kolej, ale niebawem pójdzie w ruch, bo mój obecny kremik się kończy. Jak na razie jestem zaskoczona tym, że zawiera, aż 25% mocznika, w innym kremach widziałam najwyżej 10%. (19,90 zł)
Eveline matujący żel do mycia twarzy all-in-one demakijaż- zakupiony w Rossmannie za ok. 14 zł. Chciałam mieć w swojej kosmetyczce jakiś żel, za którego pomocą będę mogła zmyć makijaż. Wczoraj użyłam po raz pierwszy (omijając okolice oczu) i świetnie zmył cały podkład, bronzer, róż itd. Zobaczymy jak się sprawdzi podczas dalszego używania. Mam nadzieję, że mnie nie zapcha :)
Garnier kojący płyn do demakijażu oczu- zakupiony w Biedronce za ok. 10 zł. Postanowiłam poszukać czegoś tańszego od Biodermy. Jest przeznaczony do skóry wrażliwej, więc mam nadzieję, że nie dostanę jakiegoś podrażnienia:)
3 woski Yankee candle -o zapachu: pink grapefruit, pain au raisin. lake sunset. Uwielbiam te woski i zawsze podczas zakupów w Starej Mydlarnii jakiś kupuję. Tym razem poszalałam i kupiłam na raz 3 :)- 8 zł. (sztuka)
Miałyście któryś z tych produktów? Jak się u Was sprawdziły? Lubicie szampony Timotei?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka:)
wtorek, 9 czerwca 2015
Algowe serum do kąpieli z zieloną herbatą od BingoSpa
Witam Was bardzo serdecznie!
Chciałabym Wam pokazać umilacz kąpielowy, który towarzyszy mi od jakiegoś czasu. Wiem, że firma BingoSpa miała bulwersującą reklamę przez co straciła wielu klientów, ale szczerze mówiąc, dowiedziałam się o niej niedawno i nie wywarła na mnie takiego wrażenia, żeby zrezygnować z kupowania ich kosmetyków. Chcieli żeby było o nich głośno i było. Ok, już nie będę się na ten temat rozwodziła, bo wiem, że jest to już przegadane, przedyskutowane i ocenione.
Dzisiejszym bohaterem posta będzie:
Serum do kąpieli zamknięte jest w estetycznie wyglądającej buteleczce z aluminiową zakrętką i zieloną wstążką.
Skład:
Co mówi producent:
Odżywcza i odświeżająca kąpiel BingoSpa. Rozkosznie orzeźwiający zapach zielonej herbaty dodaje energii i przywraca siły, wprowadza w pozytywny nastrój, zapewnia cudowną świeżość i uwalnia od stresu. Przywraca wewnętrzną harmonię, równowagę i komfort. Rozszerzone pod wpływem ciepła pory łatwo wchłaniają odżywcze substancje, dostarczając skórze mnóstwa odżywczych substancji i minerałów: witaminy grupy B, witamina C chroniąca przed wolnymi rodnikami, aminokwasy zapewniające skórze właściwe nawilżenie i wiele innych, z których Twoja skóra będzie zadowolona.
Moja opinia:
Kupując to serum byłam przekonana, że jest to taki puder do kąpieli. Bardzo się zdziwiła gdy otwierając opakowanie zobaczyłam bardzo gęsty płyn:
Produkt jest koloru pięknej zieleni, ma bardzo przyjemny zapach, ale niestety nie jestem w stanie napisać z czym mi się kojarzy. Otwór jest dość duży, ale nigdy nie zdarzyło mi się, żeby za dużo go wylać:
Bardzo polubiłam się z tym serum do kąpieli. Pięknie pachnie, tak orzeźwiająco, wlewam go sobie do ciepłej wanny, gdy chcę się zrelaksować, ponieważ ten zapach bardzo mnie uspakaja i dość długo czuć go w całej łazience. Dodatkowo bardzo dobrze się pieni (oczywiście po dokładnym zmieszaniu go z wodą). Nigdy nie wysuszył mojej skóry. Po jego użyciu czuję się bardzo "dopieszczona", uspokojona, zrelaksowana. Co do działań pielęgnacyjnych to nic nadzwyczajnego nie zauważyłam, ale też tego od niego nie oczekiwałam. Ogólnie od takich produktów wymagam nie przesuszania mojej skóry, dobrego pienienia się i ładny zapach. Wszystkie wymogi zostały spełnione, dlatego chętnie zakupię go po raz kolejny. Widziałam również w sklepie jego inne rodzaje i je również chętnie przetestuje. Ciężko mi określić, czy produkt ten jest wydajny, ponieważ nie stosuję go codziennie, tylko tak jak wcześniej napisałam, w chwilach, gdy chcę się zrelaksować i odprężyć.
Nazwa: BingoSpa- algowe serum do kąpieli z zieloną herbatą
Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Auchan, internetowy sklep BingoSpa
Pojemność: 500 ml
Lubicie takie umilacze kąpielowe? Jakie byście inne mi mogły polecić?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Chciałabym Wam pokazać umilacz kąpielowy, który towarzyszy mi od jakiegoś czasu. Wiem, że firma BingoSpa miała bulwersującą reklamę przez co straciła wielu klientów, ale szczerze mówiąc, dowiedziałam się o niej niedawno i nie wywarła na mnie takiego wrażenia, żeby zrezygnować z kupowania ich kosmetyków. Chcieli żeby było o nich głośno i było. Ok, już nie będę się na ten temat rozwodziła, bo wiem, że jest to już przegadane, przedyskutowane i ocenione.
Dzisiejszym bohaterem posta będzie:
Serum do kąpieli zamknięte jest w estetycznie wyglądającej buteleczce z aluminiową zakrętką i zieloną wstążką.
Skład:
Co mówi producent:
Odżywcza i odświeżająca kąpiel BingoSpa. Rozkosznie orzeźwiający zapach zielonej herbaty dodaje energii i przywraca siły, wprowadza w pozytywny nastrój, zapewnia cudowną świeżość i uwalnia od stresu. Przywraca wewnętrzną harmonię, równowagę i komfort. Rozszerzone pod wpływem ciepła pory łatwo wchłaniają odżywcze substancje, dostarczając skórze mnóstwa odżywczych substancji i minerałów: witaminy grupy B, witamina C chroniąca przed wolnymi rodnikami, aminokwasy zapewniające skórze właściwe nawilżenie i wiele innych, z których Twoja skóra będzie zadowolona.
Moja opinia:
Kupując to serum byłam przekonana, że jest to taki puder do kąpieli. Bardzo się zdziwiła gdy otwierając opakowanie zobaczyłam bardzo gęsty płyn:
Produkt jest koloru pięknej zieleni, ma bardzo przyjemny zapach, ale niestety nie jestem w stanie napisać z czym mi się kojarzy. Otwór jest dość duży, ale nigdy nie zdarzyło mi się, żeby za dużo go wylać:
Bardzo polubiłam się z tym serum do kąpieli. Pięknie pachnie, tak orzeźwiająco, wlewam go sobie do ciepłej wanny, gdy chcę się zrelaksować, ponieważ ten zapach bardzo mnie uspakaja i dość długo czuć go w całej łazience. Dodatkowo bardzo dobrze się pieni (oczywiście po dokładnym zmieszaniu go z wodą). Nigdy nie wysuszył mojej skóry. Po jego użyciu czuję się bardzo "dopieszczona", uspokojona, zrelaksowana. Co do działań pielęgnacyjnych to nic nadzwyczajnego nie zauważyłam, ale też tego od niego nie oczekiwałam. Ogólnie od takich produktów wymagam nie przesuszania mojej skóry, dobrego pienienia się i ładny zapach. Wszystkie wymogi zostały spełnione, dlatego chętnie zakupię go po raz kolejny. Widziałam również w sklepie jego inne rodzaje i je również chętnie przetestuje. Ciężko mi określić, czy produkt ten jest wydajny, ponieważ nie stosuję go codziennie, tylko tak jak wcześniej napisałam, w chwilach, gdy chcę się zrelaksować i odprężyć.
Nazwa: BingoSpa- algowe serum do kąpieli z zieloną herbatą
Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Auchan, internetowy sklep BingoSpa
Pojemność: 500 ml
Lubicie takie umilacze kąpielowe? Jakie byście inne mi mogły polecić?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Truskawkowy dżem do ciała
Witam Was bardzo serdecznie!
Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić moją opinią na temat peelingu do ciała od Starej Mydlarni :)
Peeling zamknięty jest w przyjemnym dla oka opakowaniu z metalową nakrętką.
Co mówi producent:
Konsystencja:
Peeling jest koloru czerwonego. Jak widać na zdjęciach ma w sobie również oliwkę. Łatwo wydobywa się z opakowania.
Moja opinia:
Jest to peeling cukrowy, który przepięknie pachnie dżemem truskawkowym. Zapach utrzymuje się dość długo w łazience i na ciele. Bardzo dobrze zdziera martwy naskórek, nie podrażnia skóry, zostawia na ciele lekką tłustawą powłoczkę, dzięki której nie musimy używać balsamu do ciała, ponieważ zawarta w tym peelingu oliwka świetnie nawilży nam ciało. Skóra po użyciu tego produktu jest wygładzona, nawilżona i pięknie pachnąca. Ja stosuję go tylko raz w tygodniu, ponieważ po jego użyciu, nie czuję potrzeby, by korzystać z niego częściej. Peeling jest bardzo wydajnym. Wystarczy niewielka ilość na wmasowanie go w całe ciało.
Nazwa: Cukrowy peeling do ciała
Cena: ok. 30 zł
Dostępność: stacjonarne sklepy Starej Mydlarni, sklepy internetowe
Pojemność: 300 ml
Miałyście kiedyś peelingi od Starej Mydlarni? Byłyście zadowolone?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić moją opinią na temat peelingu do ciała od Starej Mydlarni :)
Peeling zamknięty jest w przyjemnym dla oka opakowaniu z metalową nakrętką.
Co mówi producent:
Konsystencja:
Peeling jest koloru czerwonego. Jak widać na zdjęciach ma w sobie również oliwkę. Łatwo wydobywa się z opakowania.
Moja opinia:
Jest to peeling cukrowy, który przepięknie pachnie dżemem truskawkowym. Zapach utrzymuje się dość długo w łazience i na ciele. Bardzo dobrze zdziera martwy naskórek, nie podrażnia skóry, zostawia na ciele lekką tłustawą powłoczkę, dzięki której nie musimy używać balsamu do ciała, ponieważ zawarta w tym peelingu oliwka świetnie nawilży nam ciało. Skóra po użyciu tego produktu jest wygładzona, nawilżona i pięknie pachnąca. Ja stosuję go tylko raz w tygodniu, ponieważ po jego użyciu, nie czuję potrzeby, by korzystać z niego częściej. Peeling jest bardzo wydajnym. Wystarczy niewielka ilość na wmasowanie go w całe ciało.
Nazwa: Cukrowy peeling do ciała
Cena: ok. 30 zł
Dostępność: stacjonarne sklepy Starej Mydlarni, sklepy internetowe
Pojemność: 300 ml
Miałyście kiedyś peelingi od Starej Mydlarni? Byłyście zadowolone?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
piątek, 5 czerwca 2015
Woda termalna od La Roche- Posay
Witam Was bardzo serdecznie! :)
Ja już wiadomo po tytule dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić moją opinią na temat wody termalnej z firmy La Roche- Posay.
Co mówi producent:
Zapobiega powstawaniu wolnych rodników, łagodzi i zmniejsza podrażnienia.
Nie zawiera konserwantów.
Wskazania: Podstawowa pielęgnacja skóry szczególnie wrażliwej, łagodzi podrażnienia wywołane czynnikami zewnętrznymi (słońce, terapia dermatologiczna,...), a jednocześnie przeciwdziała starzeniu się skóry. Dorośli i dzieci.
Właściwości: Dzięki unikalnemu połączeniu soli mineralnych i oligoelementów, a tym Selenu, woda termalna z La Roche- Posay posiada potwierdzone naukowo, naturalne działanie łagodzące i hamujące powstawanie wolnych rodników.
Sposób użycia: Rozpylić na skórę i pozostawić do wchłonięcia przez 2-3 minuty. Następnie delikatnie przyłożyć chusteczkę i osuszyć skórę. Dla uzyskania działania chłodzącego, wodę termalną przechowywać w lodówce.
Moja opinia:
Woda mieści się w białej buteleczce z wygodnym atomizerem (psikaczem):
Wydobywa się z niej delikatna mgiełka.
Kupiłam ją gdy miałam bardzo podrażnioną cerę, w trakcie kuracji trądzikowej. Odstawiłam wtedy wszystkie toniki i hydrolaty. Bardzo mi ona wtedy pomogła, delikatnie chłodziła, koiła i przy odpowiednim nawilżeniu w połączeniu z tą wodą termalną moja skóra wróciła do normy. Teraz używam jej codziennie wieczorem jako tonik, ale równie dobrze sprawdza mi się wtedy, gdy: nałożę zbyt dużo pudru lub użyję podkłady mineralnego i chcę zniwelować efekt pudrowości lub dla ochłody. W upalne dni spsikuję twarz również mojego dwuletniego synka i nie zauważyłam, żeby jemu to zaszkodziło, wręcz przeciwnie,widzę, że przynosi mu to ulgę, a co najważniejsze to to, ze traktuje to jako zabawę (bo z reguły nie lubi mieć mokrej twarzy).
Nazwa: La Roche- Posay woda termalna
Cena: ok. 30 zł
Dostępność: apteki z szafami z La Roche- Posay
Pojemność: 150 g
W jakim celu Wy używacie wody termalnej? Z jakich firm je kupujecie?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka:)
Ja już wiadomo po tytule dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić moją opinią na temat wody termalnej z firmy La Roche- Posay.
Co mówi producent:
Zapobiega powstawaniu wolnych rodników, łagodzi i zmniejsza podrażnienia.
Nie zawiera konserwantów.
Wskazania: Podstawowa pielęgnacja skóry szczególnie wrażliwej, łagodzi podrażnienia wywołane czynnikami zewnętrznymi (słońce, terapia dermatologiczna,...), a jednocześnie przeciwdziała starzeniu się skóry. Dorośli i dzieci.
Właściwości: Dzięki unikalnemu połączeniu soli mineralnych i oligoelementów, a tym Selenu, woda termalna z La Roche- Posay posiada potwierdzone naukowo, naturalne działanie łagodzące i hamujące powstawanie wolnych rodników.
Sposób użycia: Rozpylić na skórę i pozostawić do wchłonięcia przez 2-3 minuty. Następnie delikatnie przyłożyć chusteczkę i osuszyć skórę. Dla uzyskania działania chłodzącego, wodę termalną przechowywać w lodówce.
Moja opinia:
Woda mieści się w białej buteleczce z wygodnym atomizerem (psikaczem):
Wydobywa się z niej delikatna mgiełka.
Kupiłam ją gdy miałam bardzo podrażnioną cerę, w trakcie kuracji trądzikowej. Odstawiłam wtedy wszystkie toniki i hydrolaty. Bardzo mi ona wtedy pomogła, delikatnie chłodziła, koiła i przy odpowiednim nawilżeniu w połączeniu z tą wodą termalną moja skóra wróciła do normy. Teraz używam jej codziennie wieczorem jako tonik, ale równie dobrze sprawdza mi się wtedy, gdy: nałożę zbyt dużo pudru lub użyję podkłady mineralnego i chcę zniwelować efekt pudrowości lub dla ochłody. W upalne dni spsikuję twarz również mojego dwuletniego synka i nie zauważyłam, żeby jemu to zaszkodziło, wręcz przeciwnie,widzę, że przynosi mu to ulgę, a co najważniejsze to to, ze traktuje to jako zabawę (bo z reguły nie lubi mieć mokrej twarzy).
Nazwa: La Roche- Posay woda termalna
Cena: ok. 30 zł
Dostępność: apteki z szafami z La Roche- Posay
Pojemność: 150 g
W jakim celu Wy używacie wody termalnej? Z jakich firm je kupujecie?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka:)
wtorek, 2 czerwca 2015
Ulubione pędzle, zakupy i prezenty
Witam Was bardzo serdecznie!
Dzisiaj nie zamierzałam pisać posta, bo jakoś nie czułam weny, ale podczas malowania się stwierdziłam, że chciałabym Wam pokazać pędzle, którymi maluje się namiętnie od kilku lat lub miesięcy oraz pochwalić się moimi nowymi nabytkami. Co do pędzli to jeszcze nie dorobiłam się takich, o których huczy cały internet, czyli Hakuro itd. Mam w lipcu urodziny, więc napomknę coś mężowi na ten temat :P
A tak przedstawia się cała gromadka:
Chciałabym zacząć od pędzli:
Anabelle- flat top
Zamówiłam go na stronce Annabelle Minerals za ok. 35 zł. Stosowałam go jedynie do podkładów mineralnych i sprawdzał się rewelacyjnie. Jest już po wielu praniach i nic się z nim nie dziele. Jest zbity, ale delikatny. Od jakiegoś czasu moje minerały kompletnie nie chcą ze mną współpracować (ważą się, schodzą w ciągu dnia, błyszczę się po godzinie itd.) i kupiłam podkład w płynie, który zaczęłam aplikować za pomocą tego pędzla i również cudownie sprawdza się w tej roli. Nie robi smug, nie pobiera za dużo podkładu, pomaga w stopniowaniu krycia. Jestem z niego bardzo zadowolona.
Catrice- pędzel do różu
Zakupiłam go w Astorze za ok. 13 zł. Jest on niezwykle miękki, głaszcze naszą twarz podczas aplikowania różu. Dobrze się z nim pracuje, nie robi plam, rozciera róż i jest takiego kształtu, że idealnie obejmuje policzek, żeby go podkreślić. Po myciu nie zmienia swojego kształtu, ani nie traci tej miękkości.
Catrice- pędzelek dwustronny do cieni
Z jednej strony jest to krótki, zbity i gęsty pędzelek, który idealnie nada się do podkreślania dolnej powieki. Ja również lubię go używać do przyciemniania zewnętrznego kącika i w tej roli też świetnie się sprawdza. Z drugiej strony jest zwykły pędzelek, który nadaje się do nakładania cienia na całą powiekę. Są one tak samo mięciutkie jak ten pędzelek do różu, jest on tani, bo w Hebe zapłaciłam za niego mniej niż 10 zł, nic się z nimi nie dzieje po myciu i to tylko przyjemność korzystania z nich podczas malowania się.
Pierre Rene- pędzelek kuleczka
Kolejny pędzelek do cieni. Zakupiłam go w Astorze za ok. 15 zł. Świetnie sprawdza się do podkreślania załamania oka, pomaga ładnie modelować oko i ułatwia nam pracę, ponieważ oprócz podkreślania oka to od razu rozmazuje nam cień. Nadaje się również do nakładania cienia na całą powiekę. Można by było powiedzieć, że to taki wielofunkcyjny pędzelek.
Avon- pędzelek do różu
Mam go już kilka lat. Nie wiem czy jest jeszcze dostępny, ale z tego co pamiętam to zapłaciłam za niego ok. 20 zł. Podobnie jak ten z Catrice pięknie nakłada róż, dobrze się z nim pracuje, jest mięciutki i pomimo upływu lat nie wychodzi z niego włosie.
Golden Rose- pędzel do bronzera
Zakupiony na stoisku Golden Rose za ok. 20 zł. Pomaga w modelowaniu twarzy, jego włosie jest lekko sztywne, ale dobrze rozprowadza produkt i go rozciera, dzięki czemu nie ma obaw o plamy. Jedynym jego minusem jest to, że zaczyna mi się już kręcić ta główka, czyli niedługo może mi puścić klej. Podczas robienia "dziubka" idealnie wchodzi pod kości policzkowe, by je podkreślić i wykonturować.
A teraz czas na zakupy i prezenty
Poprosiłam kolegę, aby zakupił mi w DM mgiełkę do ciała z Balei o zapachu pomarańczy i mango. Dużo o niej jeszcze nie jestem w stanie napisać, ale pięknie, wakacyjnie, letnio pachnie. Nie czuję w niej nuty chemii i kosztowała ok. 8 zł.
Wczoraj był dzień dziecka i moi kochani rodzice o mnie nie zapomnieli :) marzyła mi się od jakiegoś czasu perfuma GOSH Nothing Pink Edition, która pięknie, słodko pachnie, co jakiś czas uwalniają się inne nuty zapachowe (wiem, bo ma ją też moja mama i u niej nie raz się psiknęłam), no i ma cudowne, bajeranckie opakowanie. Dziękuję bardzo, moi kochani rodzice, jeżeli to czytacie! :*
Jak już wcześniej wspomniałam chciałam już na stałe używać podkładów mineralnych, ponieważ przed kuracją trądzikową sprawdzały mi się świetnie, jednak Pani dermatolog kazała mi je odstawić. Wróciłam do nich niedawno, również dlatego, że skończył mi się mój podkład z Pharmacerisa i niestety, ale ciągle coś jest nie tak, wyglądają nienaturalnie, robi mi się ciasto na twarzy, świece się bardzo szybko, nie kryją tak jak wcześniej, dlatego stwierdziłam, że kupię sobie podkład z Inglota HD nr 71 (kosztował mnie 79zł). Używam go od 4 dni i jak na razie jestem zadowolona, chociaż Pani pomagająca dobrać mi odcień dała mi jednak za jasny kolor. Tutaj z pomocą przyszła moja mama i dała mi do mieszania podkład Bell HYPOAllergenic nr 03, który po zmieszaniu z Inglotem dał mi odcień pasujący do mojej karnacji. Od razu w Inglocie kupiłam matujący puder sypki nr 32 (kosztował mnie 45 zł), który zaczęłam równo z używanie podkładu i również na chwilę obecną jestem zadowolona, ponieważ przez wiele godzin się nie świecę. Ale co do wszystkich produktów, jeżeli poużywam ich dłuższy czas to będzie osobna notka. No i ostatnie 2 rzeczy to próbki, które otrzymałam przy zakupach w Inglocie i są to bazy pod podkład, jedna jest matująca, a druga nie pamiętam jaka, ale wiem, że nie zaleca się jej dawać pod podkład jeżeli będą robione zdjęcia, ponieważ odbija światło. Bardzo się z nich cieszę, ponieważ akurat w sobotę idę z mężem na wesele i mam nadzieję, że dłużej utrzymają mój makijaż, bo ja na co dzień nie stosuję takich rzeczy.
Dobra, rozgadałam się jak zwykle. To wszystko co dziś chciałam Wam pokazać :)
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Dzisiaj nie zamierzałam pisać posta, bo jakoś nie czułam weny, ale podczas malowania się stwierdziłam, że chciałabym Wam pokazać pędzle, którymi maluje się namiętnie od kilku lat lub miesięcy oraz pochwalić się moimi nowymi nabytkami. Co do pędzli to jeszcze nie dorobiłam się takich, o których huczy cały internet, czyli Hakuro itd. Mam w lipcu urodziny, więc napomknę coś mężowi na ten temat :P
A tak przedstawia się cała gromadka:
Chciałabym zacząć od pędzli:
Anabelle- flat top
Zamówiłam go na stronce Annabelle Minerals za ok. 35 zł. Stosowałam go jedynie do podkładów mineralnych i sprawdzał się rewelacyjnie. Jest już po wielu praniach i nic się z nim nie dziele. Jest zbity, ale delikatny. Od jakiegoś czasu moje minerały kompletnie nie chcą ze mną współpracować (ważą się, schodzą w ciągu dnia, błyszczę się po godzinie itd.) i kupiłam podkład w płynie, który zaczęłam aplikować za pomocą tego pędzla i również cudownie sprawdza się w tej roli. Nie robi smug, nie pobiera za dużo podkładu, pomaga w stopniowaniu krycia. Jestem z niego bardzo zadowolona.
Catrice- pędzel do różu
Catrice- pędzelek dwustronny do cieni
Z jednej strony jest to krótki, zbity i gęsty pędzelek, który idealnie nada się do podkreślania dolnej powieki. Ja również lubię go używać do przyciemniania zewnętrznego kącika i w tej roli też świetnie się sprawdza. Z drugiej strony jest zwykły pędzelek, który nadaje się do nakładania cienia na całą powiekę. Są one tak samo mięciutkie jak ten pędzelek do różu, jest on tani, bo w Hebe zapłaciłam za niego mniej niż 10 zł, nic się z nimi nie dzieje po myciu i to tylko przyjemność korzystania z nich podczas malowania się.
Pierre Rene- pędzelek kuleczka
Kolejny pędzelek do cieni. Zakupiłam go w Astorze za ok. 15 zł. Świetnie sprawdza się do podkreślania załamania oka, pomaga ładnie modelować oko i ułatwia nam pracę, ponieważ oprócz podkreślania oka to od razu rozmazuje nam cień. Nadaje się również do nakładania cienia na całą powiekę. Można by było powiedzieć, że to taki wielofunkcyjny pędzelek.
Avon- pędzelek do różu
Mam go już kilka lat. Nie wiem czy jest jeszcze dostępny, ale z tego co pamiętam to zapłaciłam za niego ok. 20 zł. Podobnie jak ten z Catrice pięknie nakłada róż, dobrze się z nim pracuje, jest mięciutki i pomimo upływu lat nie wychodzi z niego włosie.
Golden Rose- pędzel do bronzera
Zakupiony na stoisku Golden Rose za ok. 20 zł. Pomaga w modelowaniu twarzy, jego włosie jest lekko sztywne, ale dobrze rozprowadza produkt i go rozciera, dzięki czemu nie ma obaw o plamy. Jedynym jego minusem jest to, że zaczyna mi się już kręcić ta główka, czyli niedługo może mi puścić klej. Podczas robienia "dziubka" idealnie wchodzi pod kości policzkowe, by je podkreślić i wykonturować.
A teraz czas na zakupy i prezenty
Poprosiłam kolegę, aby zakupił mi w DM mgiełkę do ciała z Balei o zapachu pomarańczy i mango. Dużo o niej jeszcze nie jestem w stanie napisać, ale pięknie, wakacyjnie, letnio pachnie. Nie czuję w niej nuty chemii i kosztowała ok. 8 zł.
Wczoraj był dzień dziecka i moi kochani rodzice o mnie nie zapomnieli :) marzyła mi się od jakiegoś czasu perfuma GOSH Nothing Pink Edition, która pięknie, słodko pachnie, co jakiś czas uwalniają się inne nuty zapachowe (wiem, bo ma ją też moja mama i u niej nie raz się psiknęłam), no i ma cudowne, bajeranckie opakowanie. Dziękuję bardzo, moi kochani rodzice, jeżeli to czytacie! :*
Jak już wcześniej wspomniałam chciałam już na stałe używać podkładów mineralnych, ponieważ przed kuracją trądzikową sprawdzały mi się świetnie, jednak Pani dermatolog kazała mi je odstawić. Wróciłam do nich niedawno, również dlatego, że skończył mi się mój podkład z Pharmacerisa i niestety, ale ciągle coś jest nie tak, wyglądają nienaturalnie, robi mi się ciasto na twarzy, świece się bardzo szybko, nie kryją tak jak wcześniej, dlatego stwierdziłam, że kupię sobie podkład z Inglota HD nr 71 (kosztował mnie 79zł). Używam go od 4 dni i jak na razie jestem zadowolona, chociaż Pani pomagająca dobrać mi odcień dała mi jednak za jasny kolor. Tutaj z pomocą przyszła moja mama i dała mi do mieszania podkład Bell HYPOAllergenic nr 03, który po zmieszaniu z Inglotem dał mi odcień pasujący do mojej karnacji. Od razu w Inglocie kupiłam matujący puder sypki nr 32 (kosztował mnie 45 zł), który zaczęłam równo z używanie podkładu i również na chwilę obecną jestem zadowolona, ponieważ przez wiele godzin się nie świecę. Ale co do wszystkich produktów, jeżeli poużywam ich dłuższy czas to będzie osobna notka. No i ostatnie 2 rzeczy to próbki, które otrzymałam przy zakupach w Inglocie i są to bazy pod podkład, jedna jest matująca, a druga nie pamiętam jaka, ale wiem, że nie zaleca się jej dawać pod podkład jeżeli będą robione zdjęcia, ponieważ odbija światło. Bardzo się z nich cieszę, ponieważ akurat w sobotę idę z mężem na wesele i mam nadzieję, że dłużej utrzymają mój makijaż, bo ja na co dzień nie stosuję takich rzeczy.
Dobra, rozgadałam się jak zwykle. To wszystko co dziś chciałam Wam pokazać :)
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Rozświetlacz czy bronzer?
Witam Was bardzo serdecznie! :)
Będąc jakiś czas temu na stoisku Vipery (nie wiem czemu je zlikwidowali) poprosiłam Panią, aby pomogła mi wybrać idealny rozświetlacz. Oczywiście światło nie zachwycało i tam wydawało się, że dostałam produkt, który sobie wymarzyłam. Idealna konsystencja, piękny wygląd, cudowne drobinki, no byłam zachwycona. Wieczorem jak go nałożyłam dumnie wyszłam na spotkanie z koleżanką. Obie zachwycałyśmy się efektem jaki uzyskałam. No i gorzej było jak tą czynność powtórzyłam rano. Dlaczego? tego dowiecie się za chwilkę, a teraz chciałabym Wam pokazać o jakim produkcie dzisiaj mowa:
Skład:
A tak prezentuje się na doni:
Zawiera on delikatne drobinki, ale na pewno nie jest to brokat.
Kontynuując moją wcześniejszą "opowieść" zawiodłam się na nim jako rozświetlacz, ponieważ jest on po prostu brązowy i nie zrobił on na kościach policzkowych takiej tafli, która by je podkreśliła, tylko miałam zwykłą, brązową, świecącą się plamę. Próbowałam go również użyć jako puder utrwalający makijaż, bo pomyślałam, że może ładnie rozświetli buzię i będzie ona wyglądała na zdrową i wypoczętą, ale do tego kompletnie się nie nadaje, bo świeciłam się jak choinka. Takim oto sposobem leżał w mojej toaletce nieużywany. Wróciłam do niego po kilku miesiącach i użyłam go jako bronzer. I od tamtej pory codziennie go w ten sposób używam. Daje bardzo delikatny, subtelny, rozświetlony efekt. Ładnie mini się, szczególnie kiedy świeci słońce. Do tego jest bardzo trwały, bo nałożony rano utrzymuje się na mojej buzi, aż do wieczora. Oczywiście, kiedy łzawią mi oczy (ahh te alergeny) czy pada deszcz to robią się smugi, ale przy normalnej pogodzie siedzi na miejscu i pięknie prezentuj się na mojej buzi.
Nie wiem czy mogę Wam go polecić, bo w mojej ocenie nie robi tego, co obiecuje producent, przynajmniej ja tego nie widzę. Jako bronzer, w chwili obecnej, bardzo dobrze mi się sprawdza, ale nie każdemu będzie się podobało to, że zawiera drobinki. Ja sama jestem w trakcie poszukiwań matowego bronzera, który ładnie wykonturuje moją okrągłą buzię :)
Nazwa: Vipera- puder sypki
Numer: 014
Cena: ok. 25 zł
Dostępność: stoiska Vipery, strony internetowe
Pojemność: 15g
Miałyście ten puder sypki? A może poleciłybyście mi jakiś bronzer?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Będąc jakiś czas temu na stoisku Vipery (nie wiem czemu je zlikwidowali) poprosiłam Panią, aby pomogła mi wybrać idealny rozświetlacz. Oczywiście światło nie zachwycało i tam wydawało się, że dostałam produkt, który sobie wymarzyłam. Idealna konsystencja, piękny wygląd, cudowne drobinki, no byłam zachwycona. Wieczorem jak go nałożyłam dumnie wyszłam na spotkanie z koleżanką. Obie zachwycałyśmy się efektem jaki uzyskałam. No i gorzej było jak tą czynność powtórzyłam rano. Dlaczego? tego dowiecie się za chwilkę, a teraz chciałabym Wam pokazać o jakim produkcie dzisiaj mowa:
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Produkt jest zamknięty w pięknym opakowaniu koloru czarnego z różową obwódką. Opakowanie zamykane jest wieczkiem, na które możemy nasypać produkt. Dołączony jest do tego różowy puszek z czarną kokardką. Na pierwszy rzut oka wszystko pięknie się prezentuje i cieszy oko. Jak widać po zdjęciach moje cudeńko nie wygląda już tak pięknie jak wcześniej, ponieważ codziennie jest używane i nieoszczędzane :) Opakowanie jest zrobione z grubego plastiku i jak na razie nic mi w nim nie pękło.
Zapach tego kosmetyku jest bardzo przyjemny, subtelny, lekko pudrowy. Mi bardzo przypadł do gustu.
Puder sypki, bo tak go nazwał producent, nie uczulił mnie, nie zapchał i nie spowodował żadnego podrażnienia. Producent twierdzi, że kosmetyk ten wygładzi, odmłodzi i upiększy rysy. Szczerze mówiąc to ciężko mi się ustosunkować do tych obietnic.
Konsystencja produktu jest w formie sypkiej:
Zawiera on delikatne drobinki, ale na pewno nie jest to brokat.
Kontynuując moją wcześniejszą "opowieść" zawiodłam się na nim jako rozświetlacz, ponieważ jest on po prostu brązowy i nie zrobił on na kościach policzkowych takiej tafli, która by je podkreśliła, tylko miałam zwykłą, brązową, świecącą się plamę. Próbowałam go również użyć jako puder utrwalający makijaż, bo pomyślałam, że może ładnie rozświetli buzię i będzie ona wyglądała na zdrową i wypoczętą, ale do tego kompletnie się nie nadaje, bo świeciłam się jak choinka. Takim oto sposobem leżał w mojej toaletce nieużywany. Wróciłam do niego po kilku miesiącach i użyłam go jako bronzer. I od tamtej pory codziennie go w ten sposób używam. Daje bardzo delikatny, subtelny, rozświetlony efekt. Ładnie mini się, szczególnie kiedy świeci słońce. Do tego jest bardzo trwały, bo nałożony rano utrzymuje się na mojej buzi, aż do wieczora. Oczywiście, kiedy łzawią mi oczy (ahh te alergeny) czy pada deszcz to robią się smugi, ale przy normalnej pogodzie siedzi na miejscu i pięknie prezentuj się na mojej buzi.
Nie wiem czy mogę Wam go polecić, bo w mojej ocenie nie robi tego, co obiecuje producent, przynajmniej ja tego nie widzę. Jako bronzer, w chwili obecnej, bardzo dobrze mi się sprawdza, ale nie każdemu będzie się podobało to, że zawiera drobinki. Ja sama jestem w trakcie poszukiwań matowego bronzera, który ładnie wykonturuje moją okrągłą buzię :)
Nazwa: Vipera- puder sypki
Numer: 014
Cena: ok. 25 zł
Dostępność: stoiska Vipery, strony internetowe
Pojemność: 15g
Miałyście ten puder sypki? A może poleciłybyście mi jakiś bronzer?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































