Witajcie! :)
Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić moją opinią na temat pomadki peelingującej od Sylveco. Oto ona:
Pomadkę dostajemy w kartonowym pudełeczku, na którym umieszczone są najważniejsze informacje.
Co mówi producent:
Skład tego produktu znajdziemy właśnie na kartoniku, ale również jest on opisany po polsku na pomadce:
Pomadkę tą otrzymałam od koleżanki w prezencie. Od dawna planowałam jej zakup, więc tym bardziej ucieszyłam się na jej widok. Produkt jest zamknięty w typowym opakowaniu jak pomadki, dzięki czemu aplikacja jest łatwa i przyjemna. Jest ona w formie sztyftu. W zapachu przypomina mi ona kutię. Przyjemny, lekko słodkawy, z nutą olejku migdałowego. Bardzo mi się podoba. Kolor ma jasno beżowy z zanurzonym cukrem trzcinowym.
Stosuję ją na noc, ponieważ nie dość, że świetnie peelinguje usta, to dodatkowo zostawia na ustach tłustą powłoczkę, która bardzo dobrze nawilża, regeneruje i odżywia nasze usta. Zauważyłam, że odkąd ją stosuję moje usta wyglądają na zadbane, nawilżone i ładnie się prezentują. Niestety jest ona niewydajna. Stosuję ją niecały miesiąc, a już widzę, że powoli się kończy.
Czy zakupiłabym ją ponownie? Jak najbardziej! Jest wygodna w użyciu i widzę jak dobrze działa na moje usta :)
A Wy jakie peelingi do ust polecacie?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
czwartek, 18 czerwca 2015
środa, 17 czerwca 2015
Krem do rąk od Starej Mydlarnii
Witajcie! :)
Kosmetyki od Starej Mydlarnii od dawna używam i bardzo lubię. Znalazłam wśród nich wiele perełek, do których z chęcią wracam, mimo że rzadko kiedy kupuję ten sam kosmetyk drugi raz, bo lubię ciągle na sobie coś testować. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać krem do rąk, który dostałam w prezencie na Dzień Matki od mojego synka (oczywiście z pomocą taty :P), oto on:
Od dawna chodziłam za całą tą serią, ponieważ zapach jest genialny. Niestety co wstąpiłam do Starej Mydlarnii to wszystko było wykupione, co w sumie, nic mnie nie dziwi. Muszę się tylko dowiedzieć czy są perfumy w tym zapachu, bo chętnie bym takie zakupiła.
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Krem zamknięty jest w białej tubce z różowymi napisami. Zamykanie jest na klik, co bardzo mnie cieszy, ponieważ nie lubię kremów, które są odkręcane.
Krem ma dość gęstą konsystencję koloru białego, jednak bardzo szybko się wchłania bez pozostawienia tłustej warstewki.
Przeznaczony jest on do suchych, szorstkich i zniszczonych dłoni. Zawiera wiele cennych składników takich jak: masło shea, roślinną glicerynę, olej ze słodkich migdałów, olej avocado, witaminę C, witaminę E i lecytynę.
Staram się go oszczędzać jak tylko mogę, ponieważ chcę go mieć jak najdłużej, choć nie raz nie oparłam się pokusie. Jak wcześniej wspomniałam ma przepiękny zapach, którego oczywiście dokładniej nie jestem Wam w stanie opisać, bo nie potrafię. Musicie, niestety, wierzyć mi na słowo, że jest bardzo ładny, nie za słodki, lekko otulający, no cudowny po prostu :)
Działanie również jest fantastyczne. Używam go głównie na noc, genialnie nawilża dłonie, regeneruje, odżywia i wydaje mi się, że bardzo dobrze zadziałał na moje skórki, które wiecznie były przesuszone i nieestetycznie wyglądające. Oczywiście stosuję go również w ciągu dnia, kiedy czuję, że mam przesuszone dłonie (szczególnie po Biedronkowym mydle od Lindy).
Polecam Wam go serdecznie, bo jest produktem, na który warto zwrócić uwagę. Jest dość drogi jak na krem do rąk, ale raz na jakiś czas warto zaszaleć, szczególnie dla takiego działania :)
Nazwa: Stara Mydlarnia GUARANA& GUAVA krem do rąk
Cena: 19,90 zł
Dostępność: sklepy stacjonarne Starej Mydlarnii
Pojemność: 100 ml
A jakie są Wasze ulubione kremy do rąk?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Kosmetyki od Starej Mydlarnii od dawna używam i bardzo lubię. Znalazłam wśród nich wiele perełek, do których z chęcią wracam, mimo że rzadko kiedy kupuję ten sam kosmetyk drugi raz, bo lubię ciągle na sobie coś testować. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać krem do rąk, który dostałam w prezencie na Dzień Matki od mojego synka (oczywiście z pomocą taty :P), oto on:
Od dawna chodziłam za całą tą serią, ponieważ zapach jest genialny. Niestety co wstąpiłam do Starej Mydlarnii to wszystko było wykupione, co w sumie, nic mnie nie dziwi. Muszę się tylko dowiedzieć czy są perfumy w tym zapachu, bo chętnie bym takie zakupiła.
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Krem zamknięty jest w białej tubce z różowymi napisami. Zamykanie jest na klik, co bardzo mnie cieszy, ponieważ nie lubię kremów, które są odkręcane.
Krem ma dość gęstą konsystencję koloru białego, jednak bardzo szybko się wchłania bez pozostawienia tłustej warstewki.
Przeznaczony jest on do suchych, szorstkich i zniszczonych dłoni. Zawiera wiele cennych składników takich jak: masło shea, roślinną glicerynę, olej ze słodkich migdałów, olej avocado, witaminę C, witaminę E i lecytynę.
Staram się go oszczędzać jak tylko mogę, ponieważ chcę go mieć jak najdłużej, choć nie raz nie oparłam się pokusie. Jak wcześniej wspomniałam ma przepiękny zapach, którego oczywiście dokładniej nie jestem Wam w stanie opisać, bo nie potrafię. Musicie, niestety, wierzyć mi na słowo, że jest bardzo ładny, nie za słodki, lekko otulający, no cudowny po prostu :)
Działanie również jest fantastyczne. Używam go głównie na noc, genialnie nawilża dłonie, regeneruje, odżywia i wydaje mi się, że bardzo dobrze zadziałał na moje skórki, które wiecznie były przesuszone i nieestetycznie wyglądające. Oczywiście stosuję go również w ciągu dnia, kiedy czuję, że mam przesuszone dłonie (szczególnie po Biedronkowym mydle od Lindy).
Polecam Wam go serdecznie, bo jest produktem, na który warto zwrócić uwagę. Jest dość drogi jak na krem do rąk, ale raz na jakiś czas warto zaszaleć, szczególnie dla takiego działania :)
Nazwa: Stara Mydlarnia GUARANA& GUAVA krem do rąk
Cena: 19,90 zł
Dostępność: sklepy stacjonarne Starej Mydlarnii
Pojemność: 100 ml
A jakie są Wasze ulubione kremy do rąk?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Coś dla mamy i dziecka
Witajcie! :)
Wszelkie mazidła do ciała to ja od dawna uwielbiam i zużywam w ilościach hurtowych. Jakiś czas temu mój synek miał lekko przesuszoną skórę, więc musiałam kupić mu jakiś balsam czy mleczko do ciała, które nawilży jego ciałko. Mój wybór padł na:
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Mleczko zamknięte jest w poręcznej butelce, koloru białego z jasnozieloną zakrętką.
Producent zapewnia, że mleczko szybko się wchłania, skóra pozostaje delikatna i naturalnie świeża.
Faktycznie tak jest. Mleczko to, działa dobrze zarówno na mnie, jak i na mojego synka. Po jego przesuszonej skórce już nie ma ani śladu, a że produkt ten, stał i zalegał w mojej kosmetyczce to stwierdziłam, że ja je zużyję. Pierwsze, co mnie zachwyciło to zapach. Jest on bardzo delikatny, wyczujemy w nim lekką nutę olejku migdałowego i mi się bardzo dobrze kojarzy z narodzinami mojego synka. Pamiętam, że jak pierwszy raz go zobaczyłam to bardzo podobnie pachniał. Zapach ten utrzymuje się jakiś czas na ciele, nie nudzi się i według mnie ma coś w sobie z nuty świeżości.
Konsystencja jest lekko lejąca (jak to mleczko), koloru białego:
Wystarczy niewielka ilość, aby wsmarować je w całe ciało. Szybko się wchłania, nie pozostawia tłustej, klejącej powłoczki.
Mleczko bardzo dobrze nawilża ciało. Mimo, że jest bardzo lekkie, nadaje się idealnie na upalne dni to widać, że używając je regularnie ciało jest delikatne, przyjemne w dotyku i dobrze nawilżone. A kolejnym plusem jest to, że dla tych, którzy unikają w takich produktach parafiny to w tym mleczku, tego składnika, nie znajdą.
Nazwa: Hipp- mleczko pielęgnacyjne dla niemowląt
Cena: ok. 18 zł
Dostępność: Auchan, drogerie
Pojemność: 350 ml
Używałyście kiedyś tego mleczka? Jak u Was się sprawdziło?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Wszelkie mazidła do ciała to ja od dawna uwielbiam i zużywam w ilościach hurtowych. Jakiś czas temu mój synek miał lekko przesuszoną skórę, więc musiałam kupić mu jakiś balsam czy mleczko do ciała, które nawilży jego ciałko. Mój wybór padł na:
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Mleczko zamknięte jest w poręcznej butelce, koloru białego z jasnozieloną zakrętką.
Producent zapewnia, że mleczko szybko się wchłania, skóra pozostaje delikatna i naturalnie świeża.
Faktycznie tak jest. Mleczko to, działa dobrze zarówno na mnie, jak i na mojego synka. Po jego przesuszonej skórce już nie ma ani śladu, a że produkt ten, stał i zalegał w mojej kosmetyczce to stwierdziłam, że ja je zużyję. Pierwsze, co mnie zachwyciło to zapach. Jest on bardzo delikatny, wyczujemy w nim lekką nutę olejku migdałowego i mi się bardzo dobrze kojarzy z narodzinami mojego synka. Pamiętam, że jak pierwszy raz go zobaczyłam to bardzo podobnie pachniał. Zapach ten utrzymuje się jakiś czas na ciele, nie nudzi się i według mnie ma coś w sobie z nuty świeżości.
Konsystencja jest lekko lejąca (jak to mleczko), koloru białego:
Wystarczy niewielka ilość, aby wsmarować je w całe ciało. Szybko się wchłania, nie pozostawia tłustej, klejącej powłoczki.
Mleczko bardzo dobrze nawilża ciało. Mimo, że jest bardzo lekkie, nadaje się idealnie na upalne dni to widać, że używając je regularnie ciało jest delikatne, przyjemne w dotyku i dobrze nawilżone. A kolejnym plusem jest to, że dla tych, którzy unikają w takich produktach parafiny to w tym mleczku, tego składnika, nie znajdą.
Nazwa: Hipp- mleczko pielęgnacyjne dla niemowląt
Cena: ok. 18 zł
Dostępność: Auchan, drogerie
Pojemność: 350 ml
Używałyście kiedyś tego mleczka? Jak u Was się sprawdziło?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
niedziela, 14 czerwca 2015
Zapraszam na drinka :)
Witajcie! :)
Pod wpływem chwili, opakowania i zapachu zakupiłam jakiś czas temu dwufazowy olejek do kąpieli. Miałam nadzieję, że skoro jest to olejek to chociaż w minimalnym stopniu nawilży moje ciało i uprzyjemni mi codzienną kąpiel. Czy spełnił moje oczekiwania? Zapraszam do dalszej części posta :)
A oto serwuję Wam dzisiaj drinka do kąpieli Cosmo:
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Produkt zamknięty jest w przyciągającej oko buteleczce, która przypomina szejker. Posiada nawet "miarkę":
Olejek ten jest dwufazowy, ale po zmieszaniu się mam śliczny różowy kolor:
Zapach tego olejku na początku bardzo mi się podobał. Teraz zaczął mnie bardzo męczyć. Jest on słodki, ale z nutą kwasowości.
Co do opakowania, to tak jak wcześniej wspomniałam, jest przyjemne dla oka i zwraca na siebie uwagę stojąc na wannie. Otwór jest odpowiedniej wielkości. Jednak nie jest ono zbyt szczelny, ponieważ gdzie nie położę tego produktu to wszędzie mam odbite różowe kółko i cała buteleczka klei się.
Na całą kąpiel wystarczy jedna nakrętka. Woda zabarwia się na różowy kolor, daje nam od niewielką pianę, która po chwili znika. Zapach utrzymuje się dość długo w łazience, ale na ciele szybko się ulatnia.
Co do właściwości pielęgnacyjnych. Nie wiem czemu producent nazwał to olejkiem, bo ja kompletnie nie widzę podobieństwa tego do olejku. W konsystencji jest to zwykły płyn o różowym zabarwieniu. Tyle. Skóra nie jest jak to producent określił "idealnie gładka i miękka". Owszem, nie jest wysuszona, ale po jego użyciu trzeba użyć balsamu do ciała. Dla mnie to jest zwykły umilacz kąpielowy w "bajeranckim" opakowaniu.
Używam go jedynie w chłodniejsze dni, ponieważ ten zapach jak dla mnie jest troszkę za ciężki, szczególnie w upały. Za to, o dziwo, mój mąż zachwyca się tym "olejkiem" i często mi go podkrada :)
Podsumowując: chętnie bym go kupiła ponownie, ale dopiero wtedy, gdy za oknem będzie zimno. Nie widzę w nim żadnych podobieństw do olejku, jest to zwykły płyn, który zabarwia wodę. Nie można liczyć tutaj na jakieś działania pielęgnacyjne, ale ważne jest to, że na pewno nie wysuszy nam skóry.
Nazwa: Farmona Let's celebrate COSMO dwufazowy olejek do kąpieli i pod prysznic
Cena: 18, 99 zł
Dostępność: Astor
Pojemność: 500 ml
Miałyście ten "olejek"? A jakie Wy stosujecie umilacze kąpielowe?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Pod wpływem chwili, opakowania i zapachu zakupiłam jakiś czas temu dwufazowy olejek do kąpieli. Miałam nadzieję, że skoro jest to olejek to chociaż w minimalnym stopniu nawilży moje ciało i uprzyjemni mi codzienną kąpiel. Czy spełnił moje oczekiwania? Zapraszam do dalszej części posta :)
A oto serwuję Wam dzisiaj drinka do kąpieli Cosmo:
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Produkt zamknięty jest w przyciągającej oko buteleczce, która przypomina szejker. Posiada nawet "miarkę":
Olejek ten jest dwufazowy, ale po zmieszaniu się mam śliczny różowy kolor:
Zapach tego olejku na początku bardzo mi się podobał. Teraz zaczął mnie bardzo męczyć. Jest on słodki, ale z nutą kwasowości.
Co do opakowania, to tak jak wcześniej wspomniałam, jest przyjemne dla oka i zwraca na siebie uwagę stojąc na wannie. Otwór jest odpowiedniej wielkości. Jednak nie jest ono zbyt szczelny, ponieważ gdzie nie położę tego produktu to wszędzie mam odbite różowe kółko i cała buteleczka klei się.
Na całą kąpiel wystarczy jedna nakrętka. Woda zabarwia się na różowy kolor, daje nam od niewielką pianę, która po chwili znika. Zapach utrzymuje się dość długo w łazience, ale na ciele szybko się ulatnia.
Co do właściwości pielęgnacyjnych. Nie wiem czemu producent nazwał to olejkiem, bo ja kompletnie nie widzę podobieństwa tego do olejku. W konsystencji jest to zwykły płyn o różowym zabarwieniu. Tyle. Skóra nie jest jak to producent określił "idealnie gładka i miękka". Owszem, nie jest wysuszona, ale po jego użyciu trzeba użyć balsamu do ciała. Dla mnie to jest zwykły umilacz kąpielowy w "bajeranckim" opakowaniu.
Używam go jedynie w chłodniejsze dni, ponieważ ten zapach jak dla mnie jest troszkę za ciężki, szczególnie w upały. Za to, o dziwo, mój mąż zachwyca się tym "olejkiem" i często mi go podkrada :)
Podsumowując: chętnie bym go kupiła ponownie, ale dopiero wtedy, gdy za oknem będzie zimno. Nie widzę w nim żadnych podobieństw do olejku, jest to zwykły płyn, który zabarwia wodę. Nie można liczyć tutaj na jakieś działania pielęgnacyjne, ale ważne jest to, że na pewno nie wysuszy nam skóry.
Nazwa: Farmona Let's celebrate COSMO dwufazowy olejek do kąpieli i pod prysznic
Cena: 18, 99 zł
Dostępność: Astor
Pojemność: 500 ml
Miałyście ten "olejek"? A jakie Wy stosujecie umilacze kąpielowe?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
sobota, 13 czerwca 2015
Agnieszka poleca: kolorówka
Cześć :)
Chciałabym, aby mój blog zaczął się rozwijać, dlatego pomyślałam, że wprowadzę tutaj nową serię "Agnieszka poleca". Jeżeli Wam się ona spodoba to chętnie będę ją kontynuowała (będą tutaj różnej kategorii kosmetyki które u mnie się sprawdzają). Pomysłów mam wiele, zapisuję je sobie do kalendarza aby dokładniej przemyśleć i zrobić plan jak chcę aby dany temat wyglądał.
Cały czas również pracuję nad jakością zdjęć. Dzisiaj są one zrobione innym sprzętem, więc mam nadzieję, że będzie widoczna różnica. Wszystkie porady chętnie wysłucham i wezmę sobie do serca :)
Dzisiejszy temat będzie dotyczył kolorówki. Pokażę Wam 5 kosmetyków których używam od dłuższego czasu przy codziennym makijażu. A oto one:
Zacznę od tuszu do rzęs od Eveline, który pokazywałam Wam już w tutaj.
Silikonowa szczoteczka, która pięknie pogrubia i wydłuża rzęsy. Tusz utrzymuje się cały dzień, nie osypuje, podczas zmywania nie robi się "efekt pandy" i co najważniejsze, idealnie nadaje się dla wrażliwych oczu. Cena jest niewielka i można go dostać w każdym Rossmannie. Jak na razie tusze z tej firmy bardzo dobrze się u mnie sprawdzają, wyjątkiem był w takim czarnym opakowaniu, który kompletnie nie spełniał moich oczekiwań i poszedł w świat.
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Chciałabym, aby mój blog zaczął się rozwijać, dlatego pomyślałam, że wprowadzę tutaj nową serię "Agnieszka poleca". Jeżeli Wam się ona spodoba to chętnie będę ją kontynuowała (będą tutaj różnej kategorii kosmetyki które u mnie się sprawdzają). Pomysłów mam wiele, zapisuję je sobie do kalendarza aby dokładniej przemyśleć i zrobić plan jak chcę aby dany temat wyglądał.
Cały czas również pracuję nad jakością zdjęć. Dzisiaj są one zrobione innym sprzętem, więc mam nadzieję, że będzie widoczna różnica. Wszystkie porady chętnie wysłucham i wezmę sobie do serca :)
Dzisiejszy temat będzie dotyczył kolorówki. Pokażę Wam 5 kosmetyków których używam od dłuższego czasu przy codziennym makijażu. A oto one:
Zacznę od tuszu do rzęs od Eveline, który pokazywałam Wam już w tutaj.
Silikonowa szczoteczka, która pięknie pogrubia i wydłuża rzęsy. Tusz utrzymuje się cały dzień, nie osypuje, podczas zmywania nie robi się "efekt pandy" i co najważniejsze, idealnie nadaje się dla wrażliwych oczu. Cena jest niewielka i można go dostać w każdym Rossmannie. Jak na razie tusze z tej firmy bardzo dobrze się u mnie sprawdzają, wyjątkiem był w takim czarnym opakowaniu, który kompletnie nie spełniał moich oczekiwań i poszedł w świat.
Korektor pod oczy z Astora. Ma jasny kolor (001 Ivory). Idealnie zakrywa cienie pod oczami, długo się utrzymuje, nie wchodzi w zmarszczki i nie roluje się. Dodatkowo zawiera w sobie bazę, więc dobrze sprawdza się jako baza pod cienie. Trzyma je cały dzień i przy jego użyciu nigdy nie miałam niczego odbitego na powiece :)
Hean puder rozświetlający w kuleczkach nr. 1. Ma bardzo kiepskiej jakości opakowanie, które z upływem czasu zaczyna się łamać ;/ Ale produkt sam w sobie jest bardzo dobrej jakości. Przyjemnie pachnie, ładnie rozświetla kości policzkowe (bo używam go właśnie jako rozświetlacza), daje bardzo delikatny, naturalny efekt, który utrzymuje się cały dzień.
Lovely paletka cieni w naturalnych odcieniach. Jak widać na zdjęciu jest w opłakanym stanie, ponieważ tak ją lubię, że aż katuję ją codziennie. Ma bardzo ładne odcienie, u mnie utrzymują się naprawdę długo. Przyjemnie się z nimi pracuje, ładnie się rozcierają i można z nich zrobić zarówno makijaż dzienny jak i wieczorowy. Kosztuje niewiele i jest dostępna w każdym Rossmannie. Posiadam również jej "nowszą" wersję, ale nie popróbowałam jej na tyle, by określić czy jest tak dobra jak ta.
No i na koniec kultowy już produkt, czyli Catrice camouflage 010 Ivory. Ma bardzo przyjemną, kremową konsystencję i zakryje wszystko, co nie ma prawa wyjść na "światło dzienne". Dodatkowo jest baaaardzo wydajny, jak widać na zdjęciu praktycznie nic mi nie ubyło, a używam go od dłuższego czasu każdego dnia.
I to jak na razie tyle z produktów, które bardzo Wam polecam. Oczywiście jak będziecie chciały dokładniejszą, moją opinię, na temat powyższym produktów to dajcie znać w komentarzach :)
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
piątek, 12 czerwca 2015
Po prostu bubel...
Witajcie! :)
Produkty do stylizacji włosów chętnie kupuję, ponieważ lubię pokombinować na mojej głowie. Co prawda jestem wielkim beztalenciem, ale sprawia mi to dużo radości i lubię czasem wyglądać inaczej. Regularnie oglądam filmiki na youtube i próbuję odwzorować te fryzury na moich włosach z różnym skutkiem. Rzadko kiedy suszę włosy, ale raz na jakiś czas lubię je wyprostować. Pamiętam przy tym, by zawsze mieć w łazience jakiś produkt termoochronny. Tym razem gości u mnie:
Co mówi producent:
Skład:
aqua, dimethicone, sorbitol, carbomer, aminomethyl propanol benzyl alcohol, va/crotonates copolymer, vp/va copolymer, pvp, dmdm hydantoin, parfum, ppg-1-peg-9 lauryl glycol ether, peg-40 hydrogenated castor oil, mica, ci 77891, linalool, citronellol, limonene, hexyl cinnamal, polyaminopropyl biguanide.
Moja opinia:
Produkt zamknięty jest w przyjemnym dla oka czerwonym opakowaniu z pompką typu airless. Ma całkiem przyjemny zapach. W konsystencji przypomina biały krem:
Producent zapewnia, że produkt ten: prostuje, odżywia i chroni włosy przed działaniem wysokiej temperatury przy stylizacji, aby wyglądały na gładkie i lśniące, długotrwale utrwala i ujarzmia puszenie, chroni przed UV i jest odporny na wilgoć.
Jak widać już po tytule bardzo nie polubiłam się z tym produktem. Nie wiem czy chroni on przed wysoką temperaturą, bo po prostu nie jestem w stanie tego stwierdzić. Jedyne z czym mogę się zgodzić to to, że faktycznie ujarzmia włosy by się nie puszyły, ale... no właśnie, owszem ujarzmia, ale tylko dlatego, że strasznie skleja włosy. Źle się go rozprowadza na włosach, ciężko je potem rozczesać, no i najgorsze jest to, że niemiłosiernie klei się ten krem i jak nałożę go na włosy to mam uczucie jakbym wysmarowała je błyszczykiem do ust. Włosy po jego użyciu wyglądają bardzo nieestetycznie, jakbym ich po prostu nie umyła, a po kilku godzinach moje włosy wyglądają na bardzo przetłuszczone, mimo, że nakładam go od połowy włosów do końcówek.
Zastanawia mnie również jedna rzeczy, odkąd zaczęłam używać tego produktu na mojej prostownicy zrobiło się takie dziwne "coś", same zobaczcie, bo nie umiem tego nazwać:
Szmatką i wodą nie chce to kompletnie zejść. Jedynie to mój mąż używa do czyszczenia tego jakiś mocnych detergentów. Obawiam się, że przez to zepsuje mi on mój "sprzęcior", który służy mi już od kilku lat.
Nie wiem jak mam ten produkt wykorzystać. W mojej ocenie jest on totalnym niewypałem :( Myślałam, że kupując produkt w kremie będę miała bardziej odżywione włosy. Nie polecam Wam go, nie warto go kupować bo są inne tego typu produkty w niższej cenie i lepszej jakości.
Nazwa: Wella SHOCKWAVES
Cena: ok. 17 zł
Dostępność: Rossmann
Pojemność: 100 ml
A jak u Was sprawdził się ten produkt?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Produkty do stylizacji włosów chętnie kupuję, ponieważ lubię pokombinować na mojej głowie. Co prawda jestem wielkim beztalenciem, ale sprawia mi to dużo radości i lubię czasem wyglądać inaczej. Regularnie oglądam filmiki na youtube i próbuję odwzorować te fryzury na moich włosach z różnym skutkiem. Rzadko kiedy suszę włosy, ale raz na jakiś czas lubię je wyprostować. Pamiętam przy tym, by zawsze mieć w łazience jakiś produkt termoochronny. Tym razem gości u mnie:
Co mówi producent:
Skład:
aqua, dimethicone, sorbitol, carbomer, aminomethyl propanol benzyl alcohol, va/crotonates copolymer, vp/va copolymer, pvp, dmdm hydantoin, parfum, ppg-1-peg-9 lauryl glycol ether, peg-40 hydrogenated castor oil, mica, ci 77891, linalool, citronellol, limonene, hexyl cinnamal, polyaminopropyl biguanide.
Moja opinia:
Produkt zamknięty jest w przyjemnym dla oka czerwonym opakowaniu z pompką typu airless. Ma całkiem przyjemny zapach. W konsystencji przypomina biały krem:
Producent zapewnia, że produkt ten: prostuje, odżywia i chroni włosy przed działaniem wysokiej temperatury przy stylizacji, aby wyglądały na gładkie i lśniące, długotrwale utrwala i ujarzmia puszenie, chroni przed UV i jest odporny na wilgoć.
Jak widać już po tytule bardzo nie polubiłam się z tym produktem. Nie wiem czy chroni on przed wysoką temperaturą, bo po prostu nie jestem w stanie tego stwierdzić. Jedyne z czym mogę się zgodzić to to, że faktycznie ujarzmia włosy by się nie puszyły, ale... no właśnie, owszem ujarzmia, ale tylko dlatego, że strasznie skleja włosy. Źle się go rozprowadza na włosach, ciężko je potem rozczesać, no i najgorsze jest to, że niemiłosiernie klei się ten krem i jak nałożę go na włosy to mam uczucie jakbym wysmarowała je błyszczykiem do ust. Włosy po jego użyciu wyglądają bardzo nieestetycznie, jakbym ich po prostu nie umyła, a po kilku godzinach moje włosy wyglądają na bardzo przetłuszczone, mimo, że nakładam go od połowy włosów do końcówek.
Zastanawia mnie również jedna rzeczy, odkąd zaczęłam używać tego produktu na mojej prostownicy zrobiło się takie dziwne "coś", same zobaczcie, bo nie umiem tego nazwać:
Szmatką i wodą nie chce to kompletnie zejść. Jedynie to mój mąż używa do czyszczenia tego jakiś mocnych detergentów. Obawiam się, że przez to zepsuje mi on mój "sprzęcior", który służy mi już od kilku lat.
Nie wiem jak mam ten produkt wykorzystać. W mojej ocenie jest on totalnym niewypałem :( Myślałam, że kupując produkt w kremie będę miała bardziej odżywione włosy. Nie polecam Wam go, nie warto go kupować bo są inne tego typu produkty w niższej cenie i lepszej jakości.
Nazwa: Wella SHOCKWAVES
Cena: ok. 17 zł
Dostępność: Rossmann
Pojemność: 100 ml
A jak u Was sprawdził się ten produkt?
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
czwartek, 11 czerwca 2015
Mentos do stóp
Witam Was bardzo serdecznie! :)
Pielęgnacja stóp to jedyna czynność do której nie przykładam się w 100%. Zazwyczaj kremy do stóp miałam strasznie długo, ponieważ nie używałam ich regularnie. Jednak stwierdziłam, że czas to zmienić, kiedy stały się one bardzo przesuszone, no i nie ukrywajmy, nieestetycznie wyglądające. Mama podarowała mi krem, który naprawdę przyjemnie mi się używa. Może nie jest on jakiś nadzwyczajny, ale jakoś go polubiłam. Co to za krem? zapraszam do dalszej części posta. A oto bohater dzisiejszego wpisu:
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Krem zamknięty jest w białej tubce, z morskimi i różowymi wstawkami. Zamykanie na klik. Od razu zaznaczę, że na 2 miejscu w składzie jest parafina, więc jeżeli ktoś jej unika, nawet w tego typu produktach, to nie będzie zadowolony. Chociaż jak dla mnie, ten składnik w kremach do rąk czy stóp może występować. Zawiera on również 10% mocznik, który jest już w składzie na 3 miejscu.
Producent dedykuje ten krem stopom z pękającą skórą pięt, odbudowuje popękany i uszkodzony naskórek i intensywnie nawilża. Ja mam tylko przesuszone stopy, więc czy działa na pękające pięty nie jestem w stanie Wam "powiedzieć".
Pierwsze, co mnie zachwyciło w tym kremie i w sumie największy powód do tego, że go lubię jest to, że pachnie on jak te miętowe mentosy. Początkowo myślałam, że coś sobie ubzdurałam, ale oczywiście, standardowo zrobiłam test na moim mężu i dokładnie, tak samo jak ja, określił, że czuje tutaj mentosy. Zazwyczaj produkty tego typu nie zachwycają zapachem, dlatego ten mnie miło zaskoczył. Co do nawilżenia, również jestem zadowolona. Widocznie stan moich stóp się poprawił, ładnie wyglądają i spokojnie mogę je wystawiać na światło dzienne :) nie chcę Was tu obrzydzać, nie mam żadnych innych dziwnych rzeczy na stopach, ale ja się źle czułam widząc te suche placki i tak samo reaguje jak mam przesuszoną twarz :) Kolejnym jego plusem jest to, że szybko się wchłania. Smaruję stopy wieczorem po kąpieli, odczekuję chwilę i mogę spokojnie chodzić i nie ma obaw, że się gdzieś poślizgnę.
Jakiś czas temu był u nas upał, ja byłam na weselu, czyli całą noc spędziłam w szpilkach, no i wiadomo jak to potem jest, na drugi dzień bardzo mnie bolały stopy. Zrobiłam sobie rozluźniającą kąpiel w soli do stóp (może kiedyś ją opiszę), no i użyłam ten krem. Fajnie odświeżył stopy, lekko ochłodził i przyniósł mi ogromną ulgę.
Konsystencję ma dość lekką, koloru białego:
Podsumowując:
na pewno nie jest to krem ideał. Dobrze nawilża stopy, ale podejrzewam, że z bardzo wymagającymi by sobie nie poradził. Jest on dobrym kremem na lato. warto go wypróbować dla samego zapach :) fajnie jest mieć stopy pachnące mentosami :)
Nazwa: Kolastyna- krem do stóp z pękającą skórą pięt
Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Lidl, ale również drogerie typu Rossmann
Pojemność: 75 ml
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Pielęgnacja stóp to jedyna czynność do której nie przykładam się w 100%. Zazwyczaj kremy do stóp miałam strasznie długo, ponieważ nie używałam ich regularnie. Jednak stwierdziłam, że czas to zmienić, kiedy stały się one bardzo przesuszone, no i nie ukrywajmy, nieestetycznie wyglądające. Mama podarowała mi krem, który naprawdę przyjemnie mi się używa. Może nie jest on jakiś nadzwyczajny, ale jakoś go polubiłam. Co to za krem? zapraszam do dalszej części posta. A oto bohater dzisiejszego wpisu:
Co mówi producent:
Skład:
Moja opinia:
Krem zamknięty jest w białej tubce, z morskimi i różowymi wstawkami. Zamykanie na klik. Od razu zaznaczę, że na 2 miejscu w składzie jest parafina, więc jeżeli ktoś jej unika, nawet w tego typu produktach, to nie będzie zadowolony. Chociaż jak dla mnie, ten składnik w kremach do rąk czy stóp może występować. Zawiera on również 10% mocznik, który jest już w składzie na 3 miejscu.
Producent dedykuje ten krem stopom z pękającą skórą pięt, odbudowuje popękany i uszkodzony naskórek i intensywnie nawilża. Ja mam tylko przesuszone stopy, więc czy działa na pękające pięty nie jestem w stanie Wam "powiedzieć".
Pierwsze, co mnie zachwyciło w tym kremie i w sumie największy powód do tego, że go lubię jest to, że pachnie on jak te miętowe mentosy. Początkowo myślałam, że coś sobie ubzdurałam, ale oczywiście, standardowo zrobiłam test na moim mężu i dokładnie, tak samo jak ja, określił, że czuje tutaj mentosy. Zazwyczaj produkty tego typu nie zachwycają zapachem, dlatego ten mnie miło zaskoczył. Co do nawilżenia, również jestem zadowolona. Widocznie stan moich stóp się poprawił, ładnie wyglądają i spokojnie mogę je wystawiać na światło dzienne :) nie chcę Was tu obrzydzać, nie mam żadnych innych dziwnych rzeczy na stopach, ale ja się źle czułam widząc te suche placki i tak samo reaguje jak mam przesuszoną twarz :) Kolejnym jego plusem jest to, że szybko się wchłania. Smaruję stopy wieczorem po kąpieli, odczekuję chwilę i mogę spokojnie chodzić i nie ma obaw, że się gdzieś poślizgnę.
Jakiś czas temu był u nas upał, ja byłam na weselu, czyli całą noc spędziłam w szpilkach, no i wiadomo jak to potem jest, na drugi dzień bardzo mnie bolały stopy. Zrobiłam sobie rozluźniającą kąpiel w soli do stóp (może kiedyś ją opiszę), no i użyłam ten krem. Fajnie odświeżył stopy, lekko ochłodził i przyniósł mi ogromną ulgę.
Konsystencję ma dość lekką, koloru białego:
Podsumowując:
na pewno nie jest to krem ideał. Dobrze nawilża stopy, ale podejrzewam, że z bardzo wymagającymi by sobie nie poradził. Jest on dobrym kremem na lato. warto go wypróbować dla samego zapach :) fajnie jest mieć stopy pachnące mentosami :)
Nazwa: Kolastyna- krem do stóp z pękającą skórą pięt
Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Lidl, ale również drogerie typu Rossmann
Pojemność: 75 ml
Dziękuję za każdy komentarz, staram się regularnie na nie odpowiadać i tym samym odwiedzać Wasze blogi :) Jeżeli Wam się tutaj podoba to zapraszam do pozostania ze mną na dłużej i obserwacji mojego bloga :)
Agnieszka :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









